RSS
wtorek, 18 listopada 2008
List od Pana
Nasz Pan rzadko się odzywa. Jest władcą wszechobecnym, ale milczącym; nie dziwię mu się: Jego władza jest w tym systemie tak absolutna, że pewnie nie widzi celu w przemawianiu do nas. Myślę, że ledwie zdaje On sobie sprawę z naszego istnienia, że widzi naszą obecność tylko w tych krótkich chwilach, kiedy pozwala sobie na jakiś drobny żart naszym kosztem. Cieszy mnie to, że nas lekceważy, nie zawsze tak było: jeszcze niedawno Jego gniew potrafił wstrząsnąć podstawami świata. Dawniej, kiedy Pan się gniewał szyby w oknach pękały pod pod samym Jego spojrzeniem, bogate fasady kamienic były obracana w pył rykiem z tysiąca Jego gardeł, a nasza krew pieniła się w rynsztokach. 

Myślę, że dziś Pan ledwo zdaje sobie sprawę nawet z własnego istnienia. Wyobrażam sobie, że słodki niebyt Jego umysłu zakłóca tylko niejasne poczucie siły i jedności, jak ból zmęczonych ramion które jednak w każdej chwili można poderwać i zburzyć nimi piaskowe zamki- nietrwałe budowle naszego trudu i naszej pychy.

Tym niemniej jednak Pan odezwał się niedawno. Jest to wydarzenie na tyle unikalne, że postanowiłem w całości przepisać Jego słowa. Znalazłem je w mojej ulubionej-znienawidzonej gazecie pt. TeleTydzień.

"Po prostu nie jest nudno"
Jako widz czuję się w pełni dowartościowana, walka o mnie jest zawzięta! Pozostanę jednak wierna moim ulubionym programom, a należy do nich przede wszystkim "Taniec z gwiazdami". Twórcy innych show powinni uważnie się przyjrzeć "jak oni to robią?". A po prostu nie jest nudno. Nie ma szczebiocących, popisujących się prowadzących, ani wywiadów z babciami, znajomymi i kim tam jeszcze.
JOANNA

Poziom samoświadomości p. Joanny jest niezwykle wysoki. Zdaje sobie sprawę ze swojej wartości, z tego, że świat kręci się wokół niej- wokół Niego. Jest tam jakieś poczucie wspólnoty i charakterystyczne dla dziesiejszej rasy panującej samozadowolonie. To chyba dobrze- bo bezpiecznie. W cieniu dzisiejszych Mas możemy egzystować spokojnie, cośtam sobie skrobać i, jak pisał Młynarski, "robić swoje". Wszystko to bez obaw, że Pan rozgniewa się, że w ogóle zwróci na nas uwagę. Dziś jeśli On coś niszczy, to jest to tylko takie przypadkowe zaczepienie ręką- jak wtedy, kiedy zdjęto "Kabarecik" Olgi Lipińskiej (i powieszono na jego miejsce "Gwiazdy tańczą na lodzie", lub coś podobnego), czy kiedy zdemolowano TVP Kulturę. Pan jest syty i spokojny. Możemy bezpiecznie stawiać nasze zamki na lodzie w Jego cieniu.

Muszę jednak powiedzieć, że odrobinę mnie to smuci. Gdzie tam dzisiejszemu Molochowi do tego z początku wieku, który przebudzał się pełen (nomen omen) słusznego gniewu. Tamten, groźny i miotający kamienie-błyskawice z oczu, niepewny, szarpiący się sam ze sobą, turpistyczny, traktowany przez nas przez wieki ze wzgardą... Tamten Pan posiadał jakąś wartość estetyczną (której z samej swojej definicji nie mógł dostrzec). Gdzie dzisiajszemu Molochowi do tamego:

"O ekstatyczny tłumie żarty przez syfilis!
Zaropiałe, cuchnące, owrzodzone bydło!
Kiedy w czarnym pochodzie nade mną się schylisz?
Wszystko mnie już zmęczyło i wszystko obrzydło!

Ręce wasze potworne, pokręcone palce,
Gigantyczne, czerwone, obrośnięte macki,
którym wszystko podane jest, jak chleb z zakalcem,
więcej mówią mi jedne, niż cały Słowacki!"

Ale to tylko narzekania frustrata, na którym Pan nawet nie zawiesi swojego spojrzenia. Nie ma się tym co przejmować. Róbmy swoje.
16:56, von_ungern
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 29 września 2008
Głupcy anektują śmierć

 
Kilka dni temu nagle zmarł mój dziadek. Wszyscy zawsze uważaliśmy, że był hipohondrykiem.

Chyba jednaknie przesadzał.

Był człowiekiem szorstkim, prawym i bardzo słownym: jego ostatnie słowa brzmiały 'zaraz umrę' (jest w tym pewien ładunek dramatyzmu, prawda?). W każdym razie ta niespodziewana śmierć pchnęła mój umysł na pewien, i tak dość często odwiedzany przeze mnie, szlak myślowy. Zapierającymi duch w piersiach wrażeniami z owej wycieczki podzielę się z Wami- ponieważ nie możecie protestować.

Są ludzie, którzy widzą życie jako krótki acz ulotny dar. Jeśli istniałby jakiś bóg, to dziekowaliby mu pokornie za możliwość doznania tak wielu rzeczy. Ból traktują jako sprawiedliwą cenę za istnienie. Z przyszłym niebytem godzą się pokornie. Inni, do których i ja należałem w okresie wzmożonego młodzieńczego weltschmerzu, są raczej zdania, że to przekleństwo. Trudno odmówić im racji: nikt nie pytał nas, czy chcemy istnieć, a dawanie dziecku cukierka tylko po to, żeby odebrać mu go gdy ledwie wgryzie się w smak trudno traktować jak coś innego, niż akt drobnego sadyzmu. Do tego dochodzi świadomość nazbyt rychłego rozpłynięcia się w niebycie- a kiedy giniemy i my, i nasze wspomnienia, to co warte jest życie?

Trochę racji w tym jest. Rzecz jednak nie w tym, że nihilizm nie jest dobrze uargumentowany (bo jest, i to lepiej niż dowolna inna filozofia), ale w tym, że cała ta gadanina, jeśli dzielić się nią z innymi, jest właśnie tym: skargami zapłakanego gówniarza, któremu ktoś powiedział, że zaraz zabierze mu zabawki. Przestań sie mazać. Ta świadomość ciebie zabija? Zabij ją (i siebie). Spieszysz się spróbować wszystkeigo przed śmiercią? Hedonizm też jest dla ludzi. Ale proszę: cokolwiek postanowisz zachowaj to dla siebie.

I w ten sposób gładko przechodzimy do kolejnego tematu, którym jest zawłaszczanie sobie idei (albo i całych dziedzin wiedzy) przez idiotów.

Kiedy ktoś zaczyna w towarzystwie dyskutować o filozofii- wstaję i wychodzę. Jeśli dwudziesto- czy trzydziestoletni człowiek do tej pory nie ustawił sobie w głowie świata, to z jego ust wyjdą same brednie. A jeśli ma już wszystko ustawione, to usłyszymy same banały. O filozofii (zwłaszcza egzystencjalnej), sensie lub bezsensie życia itd. nie powinno się rozmawiać, bo to żenujące. Jasne, że szkoda: to prawdopodobnie najistotniejszy temat dla każdego świadomego swojej ulotności człowieka. Ale ten teren został niemal w całości zaanektowany przez Królestwo Głupoty.

Bardzo to amerykańskie. Odwiedzałem USA kilkukrotnie i spędziłem nawet jeden semestr w tamtejszej szkole. Miałem wtedy jakieś 14-15 lat. Pewnego dnia, po zakończeniu lekcji 'Literatury' (czytaliśmy wtedy 'Pamiętnik Anny Frank') podeszła do mnie jedna z bystrzejszych przedstawicielek tamtejszej fauny i, patrząc mi głęboko w oczy, powiedziała z pełną powagą: 'Wiesz, uważam, że Hitler był złym człowiekiem'. Była przy tym tak szczera i ufna, że zamiast wybuchnąć śmiechem (albo agresją) odpowiedziałem tylko: 'Tak, zgadzam się z tobą. Też tak sądzę'. Każda inna opcja byłaby jak kopanie bezbronnego szczeniaczka.

Banalizowanie się wszelkich tematów nie ominęło i śmierci (wiele 'zasług' odniosły na tym polu wszelkie religie, które przekonując ludzi, że ostateczny koniec to wcale nie koniec bardzo trywializują jego znaczenie). Wielce złości mnie to, że kiedy ktoś stojący jedną nogą w grobie mówi, że zaraz umrze, zawsze znajdzie się jakis pocieszyciel od siedmiu boleści, który, wbrew oczywistym faktom, powie 'wydobrzejesz, wszystko będzie dobrze':

- Musimy pogadać. Chyba niedługo umrę, stary.
- No co ty! Jeszcze przeżyjesz nas wszystkich.
- Sikam krwią i mam guz w mózgu wielkości piłki do tenisa.
- Eee tam! Jeszcze wydobrzejesz, brachu.
- Lekarze mówią, że to już koniec. Słuchaj, myślałem o tym i chcę ci powiedzieć...
- Lekarze się nie znają. Wszystko będzie dobrze.
- Nie będzie! Jak coś może być dobrze, kiedy karmią człowieka przez rurki, bo boją się, że jak coś zje, to wysra własne wnętrzności?!
- Nie przejmuj się, zobacz: piekną mamy dziś pogodę.

Przyrzekam to uroczyście: jeśli legnę kiedyś na łożu śmierci, otoczony gromadką kochających wnuków1 i któryś z tych gówniarzy powie mi, że 'wszystko będzie dobrze', to ostatkiem sił podniosę głowę i, umierając, zacisnę mu szczęki na kratani. Resztą zajmie się rigor mortis.


PS. Z zupełnie innej beczki: sędziowie, walcząc o podniesienie swoich mizernych pensji, ogłosili 'Dzień bez Wokandy'. Ponieważ (zgodnie z ustawą) nie mogą iść na strajk i nie pracować, postanowili przez dwa dni nie prowadzić rozpraw, tylko porządkować papiery. Bardzo marnie widzę ich szanse na sukces, ale, jako praworządny obywatel szczerze zaniepokojony stanem sędziowskich kieszeni, proponuję inne rozwiązanie: 'Dzień Niesprawiedliwości'. Polegałoby to na tym, że sędziowie skazują niewinnych, a wypuszczają winnych. Najlepiej do skutku tj. do czasu ustalenia podwyżek. Należy, oczywiście, uprzednio poinformować prasę, albowiem inaczej cały protest mógłby przejść niezauważony przez ogół społeczeństwa. Vivat Polonia! Wiwat wszystkie stany!

1 To 'jeśli' dotyczy nie legnięcia, bo to jest chyba nieuchronne, ale wnuków, które wcale aż tak pewne nie są.

21:46, von_ungern
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 11 września 2008
Wakacje a sprawiedliwość

Jedyne, co jest lepsze od wakacji to przedłużone i zupełnie niezasłużone wakacje. Są tacy, którzy ciężko pracują na swoje 6 tygodni urlopu rocznie i są tacy jak ja, którzy po prostu pakują się i jadą przed siebie.

Zawsze powtarzam: świat jest niesprawiedliwy i to jest moja szansa. Jak głosi stare Żydowskie powiedzenie: jeśli już musi dojść do oszustwa- lepiej żebyśmy to my oszukiwali. Wiem, że dawać jest lepiej, niż brać (zwłaszcza w mordę), ale czasy są ciężkie, a żyć trzeba. Dlatego też kiedy ktoś pyta mnie o moją ewentualną karierę zawsze odpowiadam, że czekam na swoją niezasłużoną szansę. Nie interesują mnie wielkie fortuny; interesują mnie łatwe fortuny. Jeśli przez 35 lat piąłbym się mozolnie po szczeblach korporacyjnej kariery tylko po to, żeby potem trafić szóstkę w totka, albo wpaść na jakiś banalny w swoim geniuszu pomysł na zaspokojenie głodu trawiącego Społeczeństwo1 (głodu jeszcze nieuświadomionego, więc tym potężniejszego), to czułbym się jak ostatni bałwan. Wolę już spokojnie czekać na tego totka czy też przebłysk geniuszu, który kiedyś na pewno się pojawi i wybawi mnie ze wszelkich opresji. Nie takim jak ja się udawało.

Ale miałem o wakacjach.

Z licznych miejsc, które zwiedziłem warto wymienić dwa: Licheń i Tatry. W Świętym Mieście Licheniu bawiłem prawie tydzień, w Tatrach- dwa dni. Niemniej, jeśli chodzi o wrażenia estetyczne, to religia katolicka, reprezentowana przez malowane, gipsowe figurki świętych, Maryjki z odkręcanymi główkami (piersióweczki na święcona wodę- ale mocniejszy trunek też trzyma. Sprawdzono empirycznie) i obrazki trójwymiarowych Jezusków (hologramy) przegrywa z kretesem z polskimi góram2.Tym niemniej warto owemu sakralnemu kuriozum, jakim jest Licheń, poświęcić chwilę uwagi. Najciekawsze rzeczy widziane w Licheniu:

  • Maryjki z odkręcanymi główkami. Jeszcze kiedy byłem w Albionie Kieran, mój landlord, zasmucił mnie bardzo uświadamiając mi, że nie jest to, niestety, wyłącznie polski wynalazek. W Irlandii też je mają.
  • Gazetka (swoją drogą paskudna) pt. 'Fakty i Mity'. Dostrzeżona w sklepie, w którym, przed wejsciem, stała we wnęce Królowa Polski, Matka Chrystusowa. Cały czas myślę, że to jakiś podstęp.
  • Obrazek Maryi z dzieciątkiem Jezus na ręku, na którym to obrazie wygląda ona na siedmiolatkę. Duch Święty powinien zostać skazany za pedofilię.
  • Czapeczki Playboy'a (ze znaczkiem i napisem), do kupienia na stoiskach z dewocjonaliami.
  • Mnogość atrap broni palnej dla dzieci. Na tych samych stoiskach.
  • Jezioro, do którego siusia 1.5 miliona osób rocznie. A pamiętam czasy, kiedy żyły w nim raki.


Ktoś mógłby zapytać, co tam robiłem. Otóż wróciłem posprzątać stare kąty (spędzałem tam każde wakacje, do czasu Wielkiej Inwazji Pielgrzymów w połowie jak 90tych) i sprawdzić, jak się ma MOJA Bazylika. Dlaczego moja?

We wczesnej podstawówce pani katechetka zaczynała każde zajęcia od zebrania pieniędzy na budowę Bazyliki. Następnie kreśliła na tablicy wykresy obrazujące, ile każda z klas przeznaczyła na ów jakże szczytny cel, a na koniec przedstawiała ranking poszczególnych uczniów (sic!). Teraz, po latach, przyznaję ze wstydem, że kiedyś dałem się nabrać na jej sprytne socjotechniki i zainwestowałem ok. 20 groszy (reszty z chipsów) w budowę 12 największej świątyni na świecie. Zaleta jest taka, że mogę o swojej Bazylice mówić 'moja Bazylika'. Należy mi się jak psu kość.

Czy wmurowali mi cegiełke nie miałem czasu sprawdzać. Zresztą: mogę im odpuścić, i tak mam satysfakcję i poczucie uczestnictwa w czymś Wielkim (12 największym- a konkurencja w tej dziedzienie jest spora).

Co do Tatr: powiedzieć, że są piękne to tak, jakby oświadczyć, że 'Bazylika Licheńska nieco kosztowała'. Przyjaciel ostrzegał mnie, że wyprawa będzie 'cholernie hardcorowa', ale doszło do nieporozumienia. Otóż ja zrozumiałem ten termin jako 'dużo chodzenia', podczas gdy on miał na myśli 'śmierć w przepaści'. Orla Perć to podobno najtrudniejszy szlak w Tatrach (tak twierdzą najstarsi Górale).

W rezultacie owego zabawnego nieporozumienia pojechałem zupełnie nieprzygotowany; moje buty, na przykład, doskonale nadawały się do maszerowania na długie dystanse, ale fatalnie do pełzania po skałach. Na szczęście moi osobiści górale cały czas byli w pobliżu pocieszając mnie, że 'to jeszcze nic'3. Kilka obozów wspinaczkowych zrobiło jednak swoje i udało mi się zejść drogą dłuższą niż ta, którą wybiera (niechcący zazwyczaj) kilka osób rocznie.

Warto tutaj wspomnieć postawę Szymona (AKA 'Kozicy'), który postawił sobie za cel upokorzenie jak największej ilości osób. Wyobraźcie sobie taką sytuację: jesteście biednym ceprem (to łatwe do wyobrażenia), który wykończony, ale szczęśliwy wspina się na, dajmy na to, Świnicę. Dopełzacie już do szczytu, pot spływa strumieniami, na rękach wyskakują bąble od kurczowego trzymania się łańcuchów, ale was i tak rozpiera duma. Szczyt tuż-tuż. I co? Wyprzedza was gówniarz z fajką w gębie i puszką piwa w łapie. Ignoruje łańcuchy, przepaście, pewną śmierć, skacze gdzieś dookoła was i ćmi pety.

Ludzie tryskali kiepsko ukrywaną nienawiścią. Mamrotali coś o sprawiedliwości. Ale tej nie ma.

Na szczęście.


1Społeczeństwo- wielkie zwierze (jak już zauważył Platon),

2Właściwie powinienem powiedzieć, że jest remis, bo jesli góry są polskie, to przecież automatycznie są też katolickie. Wiadomo: Polak- katolik jak alkoholik.

3I właściwie za każdym razem mieli rację: wszystko do tego momentu to było nic.

00:49, von_ungern
Link Komentarze (3) »
piątek, 01 sierpnia 2008
Reaktywacja
Chciałbym powiedzieć, że wynikły zastój był spowodowany tym, że maszyna w fabryce połamała mi palce1, ale to nieprawda. A szkoda, bo to prawda2- nie lubię, kiedy dobre wymówki się marnują. Powiedzmy sobie jednak szczerze: nie chodziło tutaj o dramat kaleki (tymczasowego, na szczęście), a raczej o lenistwo prima sort oraz o tę niepisaną zasadę, wedle której jeśli coś pojawia się po okresie dłuższej przerwy, to powinno być lepsze (że niby więcej czasu ktoś na to winien był poświęcić). To głupia zasada i postanowiłem walczyć z nią tym właśnie wpisem: nie jest ciekawszy czy zabawniejszy niż inne. Wprost przeciwnie, jest nudny i nie na temat. I dobrze, bo dzieje się tak nie dlatego, że mam inne rzeczy do roboty, ale dlatego, że jest to kwestia ideologiczna. I tej wersji będę się trzymał.

Jestem już w kraju, gdzie dzięcielina pała, 60% ludności boi się, że genetycznie zmodyfikowana żywność zmieni ich w mutantów, gdzie były minister edukacji nie wierzy w ewolucję, a w jednym z głównych miast Kościół jest właścicielem 1000 ha nieruchomości (w samym tylko centrum). Wiecie już, gdzie to? Podpowiem, że państwo owo leży w Europie.

Mam nadzieję, że za 10 lat wszyscy będziemy się musiali mocno nagłowić, żeby rozwiązać w/w zagadkę.



1. Tak, tak. Szeregi samobójczych idiotów powiększyły się o kolejny nowy nabytek. Nasza siła wzrasta, już niedługo świat zadrży przed naszą potęgą!

2. Znaczy, że połamała. Auć.
14:08, von_ungern
Link Komentarze (3) »
niedziela, 15 czerwca 2008
O obowiązkach pracownika, habciu

Sz. twierdzi, że nie wie, jak wrócił wczoraj do domu. Jego praca (pracuje dwie
nocki w tygodniu jako nocny portier w czterogwiazdkowym hotelu) polega, co
zresztą nie jest wcale wyjątkiem w Anglii, na opierdalaniu się. I okazjonalnym
okradaniu pracodawcy, czyli w tym wypadku objadaniu hotelowej kuchni.

Powiedzieć, że pan Sz. lubi sobie zapalić skręta to tak jakby powiedzieć, że
minister Fotyga była odrobinę niekompetentna. Albo że poziom debaty publicznej w
Polsce w ostatnich latach ‘jakby się obniżył’. Chyba już rozumiecie. Wczoraj np.
zażył cały szereg środków psychoaktywnych, poszedł do pracy, gdzie jeszcze się
trochę zmanierował, a wracając do domu zapalił jeszcze kilka jointów. Twierdzi z
dumą sportowca, że kiedy szef go za coś opierdalał, to on ani nie wiedział, co
tamten mówi, ani też co on sam odpowiada.

Jak Sz. dostał tę pracę? Podobnie głównie dlatego, że większość listów
motywacyjnych utrzymana była w stylu ‘Daj mi pracę, jo’ (przykład AUTENTYCZNY!).
Ponieważ zaś Sz. w przeciwieństwie do jamajskiej braci stawił się na interwju,
to pomimo dość sporych zaległości językowych został przyjęty. Opowiadał, że
kiedy spytali go dlaczego uważa, że powinien zostać przyjęty, to odparł, iż jego
zdaniem nie powinien zostać przyjęty. Bo nie zna języka, jest leniwy itd.
Ponieważ nie było lepszych kandydatów prowadzący pogratulowali mu i przyjęli go
na okres próbny.

Przypomina mi to trochę ten kawał o tym, jak Rotszyld postanowił zatrudnić
nowego sekretarza. Dał więc ogłoszenie do gazety, że kandydat musi mieć świetne
wykształcenie, dużo doświadczenia, znać przynajmniej cztery języki itd. Kiedy
przystąpił do przesłuchiwania kandydatów jako pierwszy wepchnął się pewien stary
Żyd. Wielki bankier pyta go więc jakie ma on doświadczenie w prowadzeniu
księgowości itd. Tamten odpowiada ‘żadne’. Zdziwiony Rotszyld pyta o
wykształcenie. Tamten żadnych szkół ani kursów nie kończył. A jakie zna języki?
‘Tylko jidysz’- pada odpowiedź. ‘No to’-mówi Rotszyld- ‘po co pan tutaj w takim
razie przyszedł?’ ‘Żeby panu powiedzieć, że na mnie, panie Rotszyld, absolutnie
nie możesz pan liczyć’.

Warto zwrócić uwagę, że ani Sz. ani nawet Cwany Ed nie są, niestety, mistrzami w
tym, co robią. Po ziemi angielskiej stąpają bowiem 'żywe legendy'. Ot, pierwszy
przykład z brzegu: D., który pracował ciężko, żeby zostać kierowcą autobusu. Owa
ciężka praca polegała na tym, żebył zatrudniony jako nocny stróż na budowie i,
jednocześnie, przechodził kurs na 'bus drivera'*. Kiedy w końcu został przyjęty
ucieszył się tak bardzo, że pił przez półtora tygodnia, co z koleji zaowocowało
zwolnieniem. D. został więc przyjęty i zwolniony, zanim zdążył rozpocząć pracę.
To jest sztuka!

Kolejnym (czy też poprzednim- nie pamiętam) nocnym stróżem na tejże budowie był
pan Habcio, którego znam niestety tylko z opowiadań (ale za to z ilu!). Nie
tylko podtrzymywał on chwalebną tradycję spania w pracy (kultywowaną na tym
stanowisku od wiek wieków), ale twórczo ją rozwinął tzn. spał, owszem, ale u
siebie w domu. Jego taktyka polegała na tym, żeby przyjść godzinę przed czasem,
pokręcić się dookoła i zwrócić na siebie uwagę, zaczekać, aż wszyscy wyjdą i
wyjść kilka minut po nich. Zamykał więc cały plac budowy i szedł do domu.
Teoretycznie powinien go rówież otwierać, ale, ponieważ nikt nie lubi wstawać
rano, nie robił tego. Chował więc klucze po przysłowiową wycieraczkę i miał
nadzieję, że żaden z przychodzących rano do pracy robotników go nie podkabluje.
I rzeczywiście- wszyscy milczeli. Wzruszający przykład solidarności.

Pan Habcio w pracy zajmował się trzema rzeczami: kręceniem się dookoła
przełożonych (żeby zapaść im w pamięć), kradzieżą benzyny i mówieniem 'habciu'.
'Już to zrobiłeś, habciu? No to habciu-habciu!'- zaprawdę, pan Habcio miał
habcia na każdą okazję. Wyglądał jak Pan Japa (może ktoś pamięta) i miał ciężko
chorą córeczkę. Miał też odpowiedź na każde pytanie**, nie pił alkoholu (a
właściwie, jak sam twierdził, pił, ale tylko taki, który ma powyżej 120%) i
należał do kategorii ludzi 'nieprzegadywalnych'. Kiedy kradł benzynę z wielkiego
przemysłowego baku zamykał się w pokoju, starannie ryglował okna i, ćmiąc
papierosa, przelewał ją z pełnego w próżne. Jeśli ktoś wszedł do pokoju i
uprzejmie zwrócił mu uwagę, że zaraz umrze pan Habcio zaczynał do niego mówić, a
kolejne 'habcie' przerywane były energicznymi ruchami rąk. Benzyna lała się
dookoła, pan Habcio mówił, palił i gestykulował, a przerażony robotnik uciekał
ile sił w nogach.

Pan Habcio, choć może się to wydać dziwne, ani razu nie wyleciał w powietrze.
Jeśli miał jakieś credo, to prawdopodobnie brzmiało ono: 'jeśli czegoś nie da
się wyrazić za pomocą odpowiedniej ilości habciów, to nie warto tego wyrażać,
habciu'.

Niniejszy wpis dedykuję wszystkim habciom, którzy swoimi problemami rozweselają
nasze życie.


* w owym czasie on i jego współlokator mieszkali w malutkim pokoiku, do którego
dało się wcisnąć tylko jedno łóżko. Nie przeszkadzało im to, bo pracowali na
różne zmiany. Kiedy jeden przychodził do dom robił sobie obiad i zrzucał z łóżka
drugiego, żeby mógł się sam położyć. Oto budzik!

**riposta taka była zazwyczaj złożona z mniejszej lub większej ilości habciów.

01:43, von_ungern
Link Dodaj komentarz »
środa, 28 maja 2008
Notka etnograficzno-prawna
Kilka dni przed rozpoczęciem przeze mnie pracy jeden z pracowników (inżynier, co dziwne) został dźgnięty w szyję przez robota. Przeżył, ale ledwo- ledwo. ‘Lucky bastard’ jak mawiają Anglicy; nawet najbardziej liberalni futurolodzy twierdzą, że obdarzone własną wolą roboty powstaną najwcześniej za kilkanaście lat. To znaczy, że musimy sobie jeszcze poczekać na jakiś bunt robotów i zaszczyt bycia dźgniętym przez jakiegoś w szyję- a ten szczęśliwy gnojek nie dość, że ma to już za sobą, to już może chwalić się dzieciom.

Tak czy siak: ten trywialny incydent spowodował, że zostałem wczoraj poproszony przez szefa na bok, żeby złożyć swój podpis pod specjalnym aneksem do umowy o pracę. Dokument, o którego podpisanie zostałem uprzejmie acz stanowczo poproszony stwierdzał, że jeżeli dam się zabić, to będzie to tylko i wyłącznie moja wina i nie dostanę za to złamanego grosza (jakby pieniądze były mi wtedy potrzebne). Złożyłem więc parafkę i nieopatrznie postanowiłem zabawić swojego przełożonego zabawną anegdotką o robotniku z mojej poprzedniej fabryki, który również doznał obrażenia ciała na kilka dni przed moim pojawieniem się tam.

Ów idiota prima sort stracił palec wskazujący po tym, jak włożył rękę do działającego miksera. Gwoli ścisłości: jeśli jakaś maszyna w fabryce działa, to nie robi tego dyskretnie. Nie stoi sobie w kącie i nie mruczy cichutko do siebie jak jakiś czajnik czy lodówka. Nie, maszyny przemysłowe nie mają w sobie nic z delikatności ich udomowionych kuzynów. One wprawiają w wibracje całe podłoże dookoła, rzucają się, wyją i piszczą jednocześnie, plują materiałem i ogólnie wyglądają, jakby miały zaraz wybuchnąć. Ich zachowanie jest lepszym ostrzeżeniem niż czterometrowej wysokości neon z napisem ‘NIEBEZPIECZEŃSTWO’. Samo zbliżenie się do owych infernalnych mechanizmów wymaga pewnej odwagi. Mało tego! Spowodowanie u siebie obrażeń ciała za pomocą wzmiankowanego miksera wymagało dużego samozaparcia (typowego dla głupców). Uparty typ musiał wsadzić łapę w gumowy rękaw po ramię, namacać dwudziestocentymetrowy metalowy ochraniacz i przełożyć paluch przez stalową kratkę. Wszystkie te przeszkody nie odstraszyły go jednak i udało mu się stracić palec. Pikanterii sprawie dodaje jeszcze fakt, że typ na co dzień zajmował się czyszczeniem tej maszyny, więc raczej wiedział, czego się spodziewać. Po dziś dzień głowię się nad tym, czego on tam szukał. Cukierka?

Zapłacili mu za ten palec kilka tysięcy funtów odszkodowania. Kiedy o tym usłyszałem wyraziłem opinie (która jednak nie spotkała się z aprobatą proletariackiej braci), że nie powinni mu dawać pieniędzy, tylko obciąć jaja. Tylko wtedy mielibyśmy jakąś gwarancję, że jego samobójczo-idiotyczne geny nie rozprzestrzenią się dalej i nie zatrują reszty populacji.

Tak czy siak podzieliłem się owa anegdotką ze swym szefem wtrącając kilka komentarzy na temat lotności umysłu (lub jej braku) u typów, którzy wsadzają paluchy do działających maszyn. Chris (tak nazywa się mój supervisor) wysłuchał tego z uprzejmym uśmiechem, po czym pokazał mi swoją dłoń. Nie ma palca wskazującego.

Teraz wstawka etnograficzno-prawna.

Większość pracy, jaką można znaleźć w Anglii to praca przez pośrednika (czyli agencję). Taka agencja znajduje ci pracę, po czym zjada od 25 do 50% twojego wynagrodzenia. Nie za darmo, oczywiście: w zamian za owe pieniądze opóźnia wypłaty o tydzień, co pozwala im dodatkowo manipulować twoimi pieniędzmi. Stara się również zazwyczaj kraść ci godziny, czyli płacić za mniej, niż przepracowałeś (jedna z pierwszych rzeczy, jakich uczysz się w UK to zapisywanie przepracowanych godzin). Zapewniają również księgowość, ale
gdyby oni tego nie robili, to robiłby to pracodawca (czyli łaski bez)
każdy i tak musi samemu pilnować swoich dochodów, bo inaczej agencja wykorzysta ‘brak rewolucyjnej czujności’ i zacznie podkradać mu coraz więcej godzin
Jak widać jest to trochę jak z wymianą gospodarczą między PRL a ZSRR. ‘Jak na tym wychodzicie?’- pytał polskiego ministra dziennikarz z USA. ‘Świetnie!’- odpowiadał tamten- ‘My im dajemy cukier, a oni w zamian biorą od nas węgiel’.

Praca przez agencję ma również tę wątpliwą zaletę, że pracodawca może zwolnic ciebie w dowolnym momencie i bez żadnego powodu. Nie muszę chyba dodawać, że tutejsze agencje pracy cieszą się podobna popularnością i zaufaniem jak urząd skarbowy i komornicy?

Starym zwyczajem wszystkich robotników najemnych postanowiłem więc odbić sobie ową oczywistą niesprawiedliwość ‘w naturze’. Ale wyszło trochę jak w tym dowcipie, w którym robotnica, przodowniczka pracy, ma dostać medal za kolejne przekroczenie planu i w związku z tym dyrektor pyta ją, czy chciałaby dostać jakiś upominek. ‘Może odkurzacz?’- mówi nasze dzielne skrzyżowanie osła z mrówką. ‘Odkurzacz? Przecież produkujemy właśnie odkurzacze. Pani Pelagio’- mówi dyrektor w nagłym przypływie szczerości- ‘pracuje pani u nas już dwadzieścia lat. Ja wiem jak jest; nie wierzę, żeby nie wyniosła pani chociaż jednego odkurzacza’. ‘A wyniosłam, wyniosłam.’- odpowiada ona- ‘I to nie raz. Ale zawsze jak je w domu składałam, to mi wychodził kałasznikow’.

No więc ze mną jest trochę podobnie. Wszystko, co mogę ‘zabezpieczyć’ to drzwi do Land Roverów, zawiasy do drzwi do Land Roverów i klamki do drzwi do Land Roverów. Mogę również wziąć sobie na pamiątką garść śrubek do drzwi do Land Roverów, klej, którym skleja się drzwi do Land Roverów, albo nawet trochę aluminium, którym się je kryje. Większość naszych rodaków nie jest tak wybredna jak ja, nie wybrzydza i masowo zabezpiecza wszystko, co tylko wpadnie im w ręce- Cwany Ed kradnie firmowy papier toaletowy, a Szymon swego czasu wyniósł plastikową torebkę pełną małych, plastikowych pasków. Nie potrafił mi wyjaśnić, do czego to może się przydać.

Trzeba było wziąć tę pracę w fabryce czekolady. Tam miałbym z czego wybierać. Mniam.
22:47, von_ungern
Link Komentarze (2) »
wtorek, 20 maja 2008
Jezdem w pracy
Wróciłem do fabryki (stąd mało czasu na cokolwiek). Fabryka jak to fabryka; ta produkuję drzwi do Land Roverów. Nigdy nie pracowaliście w fabryce? To naprawdę proste (prostota jest tutaj słowem-kluczem).

Pierwszy dzień (autentyk).

-Zobacz: nakładasz to na to, obracasz, tutaj wkładasz śrubkę i dokręcasz tym urządzeniem. Gotowy produkt kładziesz tam. Proste?
-Proste.
-No to świetnie! Teraz rób tak przez osiem godzin.

I jak tu nie kochać fabryk?

Pierwsze cztery godziny mijają jak z płatka. Myślisz sobie o poezji, o tym, co zjadłbyś na obiad, układasz ciętą ripostę na jakiś głupi artykuł, który znalazłeś w gazecie. Jest przyjemnie i umiarkowanie rozwojowo. Masz czas, żeby przemyśleć wszystko. Wszystko. Potem wkraczasz w pierwsze stadium oderwania od rzeczywistości: zaczynasz się zastanawiać czy Prawda jest Pięknem czy też Piękno jest Prawdą (czyli uprawiasz umysłowy bełkot). Co pół minuty gubisz myśli i powoli zapominasz, gdzie jesteś. Śpiewasz pod nosem piosenki, ale przez dwie godziny nie możesz przypomnieć sobie więcej niż pierwszą zwrotkę. Podczas etapu trzeciego i ostatniego zupełnie przestajesz myśleć*. Musisz z bólem przypominać sobie, żeby domykać usta, bo inaczej się ślinisz. Zaczyna narastać w tobie chęć jakiś radykalnych zmian: chcesz bić głową w mur, krzyczeć, demolować coś. Całkiem sporo osób to robi. Naprawdę. No dobrze: nigdy nie widziałem nikogo bijącego głową w mur z frustracji, ale uderzanie łomem w losowe przedmioty albo wydawanie z siebie nieludzkich dźwięków to normalka. I tak nikt nie słyszy i nie zwraca uwagi, bo hałas rozsadza wszystkim czaszki. Każde jedno urządzenie w hali piszczy, wyje, skrzypi, albo wszystko naraz.

Ta nowa fabryka wygląda względnie normalnie. Poprzednia, gdzie produkowałem pył (sic!), przypominała bardziej dom wariatów niż manufakturę. Ale o tym innym razem. Zabawna historyjka.

Przypomniało mi się, jak kiedyś oświadczyłem przyjacielowi, że ludzki kręgosłup jest źle zbudowany, bo praktycznie wszyscy ludzie prędzej czy później mają problemy z krzyżem**. Kuba oburzył się na to stwierdzenie:

- Nieprawda! Krzyż jest dobry. To tylko ludzie się wyjebali.
- Kuba, ale wszyscy mają problemy z krzyżem. Czy to znaczy, że ludzkość jako taka się wyjebała?
- Tak. Wszyscy ludzie się wyjebali.

Wtedy wydawało mi się to dość radykalnym poglądem, ale im starszy jestem, tym bardziej się z tym zgadzam. Jedno jest pewne: jeśli istnieją gdzieś jacyś ludzie, który się nie wyjebali (cokolwiek to znaczy), to nie są oni zatrudniani przez fabryki. Howgh, powiedziałem.

Idę spać. Jutro pobudka o 4 rano i wsio! Do walki o lepsze jutro! Kolejnych osiem godzin mocowania zawiasów do drzwi. Przynajmniej mam co jeść, a to miła odmiana. Ten stan wcale nie jest u mnie domyślny od jakiś dwóch lat- ale to jeszcze inna zabawna historyjka.


*Na szczęście większość osób, z którymi pracujesz przestała myśleć 20 lat temu, więc nikt nie zauważa.

**Albo z gwiazdą, jeśli ktoś jest komunistą-ateistą.
22:33, von_ungern
Link Komentarze (3) »
poniedziałek, 28 kwietnia 2008
Dzikie jest piękne!

 

Chrześcijaństwo: wiara w to, że kosmiczny, żydowski zombie, będący własnym ojcem, sprawi, że będziesz żył wiecznie, o ile tylko symbolicznie zjesz jego ciało i za pomocą telepatii powiesz mu, że akceptujesz go jako swojego pana, co z kolei umożliwi mu zdjęcie piętna ciemności z Twojej duszy istniejącego tam odkąd kobieta-żebro została przekonana przez mówiącego węża, żeby zjeść owoc z magicznego drzewa... Jasne.

Właściwie jeśli tak postawić sprawę, to bardziej już przemawiają do mnie religie 'dzikich', w których wielka żaba rodzi świat, ludzie są lepieni z gliny, a ziemia kończy się za rzeką i tak naprawdę to jest niesiona przez słonie/ żółwie/ znajduje się na grzbiecie węża. Sensu jak nie było tak nie ma, ale za to jest więcej zwierzątek i w ogóle jakoś tak pozytywniej. No i nikt nie mówi, że mama-słonica, albo tata-pawian będzie płakać, jeśli założysz na swój penis kondom. A poza tym jeśli chcesz mieć przeżycie duchowe, to kapłan daje ci halucynogen, zamiast kazać głodować przez tydzień, żałować za grzechy i posypywać sobie głowę popiołem. W kościele katolickim nawet wina nie dadzą ci się napić- czy jest więc w ogóle jakiś powód, żeby tam chodzić?*

Jednym z powodów na pewno jest architektura. Bardzo często robi wrażenie. Trochę gorzej kiedy zdasz sobie sprawę, że zamiast wznosić te wszystkie kaplice i świątynie można było np. doprowadzić do pól kanały irygacyjne, albo postawić młyn. A zamiast ślęczeć godzinami i klepać zdrowaśki zastanowić się: 'O co w tym wszystkim chodzi? Ale tak na serio?'. No i zaakceptować wynik takich rozważań, rzecz jasna. Bo żeby wpaść na to, że chodzi 'o nic' nie trzeba być bystrym. Ale żeby się z tym zgodzić i twado się tego trzymać trzeba być dość odważnym.

Bardzo ciekawą dziedziną wiedzy jest teologia. Autentycznie mnie fascynuje. Podobnie zresztą jak amerykańskie komiksy i telenowele (najlepiej brazylijskie). Zawsze, kiedy zanurzam się głębiej w któreś z tych trzech dziedzin** uderza mnie to, ile czasu i wysiłku intelektualnego zostało w to włożone. Bo przecież żeby poważnie zastanawiać się np. 'w którym momencie hostia staje się ciałem Chrystusa- czy w momencie produkcji, czy podczas mszy, czy też w chwili błogosławienia jej przez kapłana? I czy zaraz po przyjęciu komunii przestaje nim być, czy też nie?'***, trzeba stopień abstrakcji, który grozi zerwaniem więzów z rzeczywistością. Ale jednocześnie jest to zagadnienie, nad którym myślał sztab ludzi- podobny w pewnym sensie do tego, który pracuje nad scenariuszem do telenoweli czy do kolejnego komiksu o Batmanie. Rezultat setek odcinków czy setek lat 'bzdurzy mózgów' jest taki, że nawet przy najlepszych chęciach nie idzie sie zorientować o co w tym wszystkim chodzi. Każdy jeden katolik którego znam, a który próbował po swojemu rozwiązywać problemy teologiczne zawsze wpadał w jakąś herezję. Popularne są gnostyczne, ale najbardziej rozpowszechniony jest chyba deizm.

Wracając do teologii: zawsze kiedy stykam się z taką ilością niepotrzebnej nikomu pracy moge wydusić z siebie tylko ciche i zachwycone: 'wow...' Jak na widok człowieka, który ułożyć największą na świecie wieżę z zapałek.

Po rozważeniu tego wszystkiego doszedłem do wniosku, że jeśli mialbym wyznawać jakąś religię, to chyba byłbym poganinem. Główna zaleta szamanizmu jest taka, że nawet jeśli nie wierzysz w boga, to i tak możesz przyjść na ichnie obrzędy i fajnie się bawić.

 

* w protestanckich dają cieńkusz i to mało. Piłem pacholęciem będąc.

** za głęboko zanurzać się nie można. Zaraz czuć dno.

*** ta druga opcja wydaje mi się mało prawdopodobna. Gdyby bóg istniał, to powinien był zaprojektować nasze kiszki tak, żeby uchodząca z nich materia np. wypocała się przy aromacie drzewa sandałowego. Oprócz zapobieżenia bluźnierstwu miałoby to tę zaletę, że oszczędzalibyśmy na perfumach.

21:51, von_ungern
Link Komentarze (12) »
niedziela, 27 kwietnia 2008
Modlitwa do Czarnego Księżyca

 

Tam, gdzie puste śnią się sny,

Gdzie się szara rodzi niemoc,

Tam, gdzie mdłej frustracji łzy,

Których nie dasz rady przemóc

 

Modlitwę swoją zanoszę

Czarnemu Księżycowi.

Zmiłuj się nade mną, proszę

Panie złych, miałkich pustkowi.

 

Ty antymuzo Byrona

Zrodzona z głuchoty Bacha,

Pijackich bredni Platona

I kiepskich wierszy Staffa

 

Kiedy atrament na piórze

Zasycha jak ścięty grozą,

A płytkie, banalne róże

Na grządkach wersów się mnożą

 

Wiem, że Ty wtedy czuwasz-

Zatruwasz niebo nade mną

Modlitwę moją zauważ,

Bo modle się nienadaremno:

 

Oddam Ci z każdego z wierszy

Swe pierwsze skreślone słowo

I potu strumyczek pierwszy,

Gdy na stół skapnie miarowo

 

Dam niespełnione marzenia

I dodam kroplę zachwytu.

Chcę jedną rzecz do spełnienia,

Nad jedną prośbą się zlituj

 

Gdy władasz niebem zazdrosny,

Zawistny Księżyca sławy,

Co sonet i wiersz miłosny

Swym srebrem wciąż błogosławi

 

Odwróć swój wzrok pusty, błagam

Daj wiersz dokończyć w spokoju

Wciąż pełnym strachów i wzdragań

Nie trzeba mi nowych bojów

 

Nas, biednych, marnych pisarzy,

Rozprasza świat nudny i mdły

Więc jak nam o wierszach marzyć,

Gdy na domiar męczysz nas Ty?

04:54, von_ungern
Link Dodaj komentarz »
piątek, 25 kwietnia 2008
Źródło zła

 

Mam z tym problem. Skąd bierze sie zło? Ta szpetota moralna, ta rakowata narośl na wszystkim, co piękne. Co mają wspólnego pracownicy nawiercający koledze stawy kolanowe wiertarką i psycholog molestujący nieletnie pacjantki? Dwulicowy, zakłamany polityk-aparatczyk, karierowicz bez kręgosłupu moralnego i pracodawca, stary dziad molestujący młodziutkie pracownice z Polski? Menadżer świadomie wykorzystujący pracowników i hitlerowski zbrodniarz? Do czego sprowadza się podłość? Co jest wspólnym mianownikiem zła?

Pamiętam niedawne czasy, kiedy to pytanie mnie nie zajmowało. Skupiałem się na pojedyńczych przypadkach, lub nie myślałem o tym wcale. Teraz zajmuje mnie tylko to- jak zdefiniowac źródło zła? Jak znaleźć jego jądro tak, by można było zniszczyć je zanim skrzywdzi nas i naszych bliskich?

Mam tyle jednostkowych przypadków i tyle różnych odpowiedzi. Przyczyny są różne: chciwość, egoizm, kompleksy. Ale też: fanatyzm, zaślepienie, poczucie misji. Nie potrafię znaleźć związku pomiędzy nimi wszystkimi, więc chyba trzeba szukać głębiej. Człowiek? To jest wspólny mianownik. Ale nie, to nadal wydaje mi się zbyt płytkie. Jeśli zło ma jakąś przyczynę, to jest nią to, co czyni nas ludźmi: człowieczeństwo.

Czasem chciałbym, żeby bóg istniał. Chciałbym wierzyć. Wszystko byłoby wtedy takie proste: źródłem zła jest bóg. Zły, okrutny i samolubny. Sadystyczny, dziecinny i, ponad wszystko, głupi. Ale boga nie ma, nie ma łatwej odpowiedzi. Jesteśmy tylko my. I to my jesteśmy źródłem wszelkiego zła.

Tak dochodzimy do sedna, krąg się zamyka. Jesteśmy źródłem zła, więc jesteśmy winni całemu złu, jakie nas spotyka. Ludzkość musi cierpieć za zło, które sama sobie wyrządza. Czyścieć bez końca. Sprawiedliwość.

02:11, von_ungern
Link Komentarze (10) »
 
1 , 2 , 3
UĹźyto Bloxie